Zapraszamy do lektury  tekstu na temat komunikacji na Malcie. Autorem jest znany wszystkim odwiedzającym niniejszą stronę Obibok – autor najrzetelniejszych i najbardziej aktualnych map komunikacyjnych Malty i Gozo.

***

Zacząć trzeba od tego, że kierowcy dalej jeżdżą jak chcą. To znaczy niby z dworców ruszają w miarę punktualnie, ale potem czas ich nie interesuje. Jeśli rozkład zbyt luźny, to się nie przejmują i ruszają po 10 minut przed czasem, nawet z pętli i węzłów przesiadkowych. Koszmarek. Ale nowe rozkłady nie mogą wejść w życie, bo związki się nie zgadzają. To samo, co w Królestwie Niderlandów. Ot – demokracja. Usługa nie dla klienta, lecz dla pracownika.

Co do mapki tras, na lotnisku rozdają niby-aktualną. Roi się w niej od błędów. Wstawili fragment z nowymi liniami na Gozo. Wygląda jakby rysował przedszkolak w paincie; linie są błędnie (albo wcale) ponumerowane; w dodatku jest błędna informacja, że bilet z Malty nie jest ważny na Gozo.

Ale do rzeczy. Jeśli chodzi o samą Maltę, to stan nie uległ zmianie. Autobusy jeżdżą według starych rozkładów, układanych jeszcze przez Arrivę (zima 2014), mimo że na przystankach porozwieszano już te nowe, z pierwszego etapu reformy, które miały wejść w życie we wrześniu i rozbiły się o związkowców i nie wiadomo, co z tym dalej. Mało tego, na przystankach wiszą też tarczki z niektórymi liniami, które miały wejść w życie dalszych etapach reformy (na przykład 56, 80, 88). W dodatku na niektórych przystankach widziałem rozkłady z kosmosu, które identyfikowałbym jako lato 2014 (np. częściej jeżdżące 42 i 101). Dlatego nie radzę korzystać z tego, co na przystankach. Oczywiście u nas taka sytuacja nie do pomyślenia. Ludzie by zrobili szum i leciałyby stołki. A oni beztrosko odpisują, że tak – zamierzają to opublikować, ale strona w budowie, uzgodnienia w toku itd. I tak już od ponad roku. No cóż, nie przepadam za kulturą brytyjska, ale Arriva zrobiła im trochę porządku, ale jak pojawili się Hiszpanie, to wiedziałem że połączenie mentalności maltańskiej z hiszpańską mogłoby dać świetne efekty w gastronomii, ale nie w komunikacji. Dla nich się liczy tylko Tallinja i nic więcej. Rozkłady w ogólności są wciąż dostępne tu:
http://publictransport.com.mt/… ale ta strona nie jest już obsługiwana, więc trudno ją znaleźć.

Co do Gozo jest odwrotnie. Obowiązują trasy z reformy, która weszła w życie 21 czerwca, plus do tego korekty rozkładu i zimowe ograniczenia, które wprowadzili w październiku. Tu dla odmiany wszystko pięknie wisi na przystankach, ale nigdzie nie można tego znaleźć w sieci. Jakby ktoś chciał, to dysponuję prawie pełną wersją, opracowaną dzięki uprzejmości kolegi Dariana, który podrzucił zdjęcia z przystanków. W głowie mi się nie mieści, że potrafili opracować rozkłady, postawić ładne nowe słupki, powiesić tabliczki, ale nie potrafią wrzucić w internet jednej prostej kartki A4 ze skróconymi godzinami. Ale cóż, odwrotnie niż w Grecji – tam jest tylko w internecie, jeśli w ogóle.

Pozostaje jeszcze kwestia linii lokalnych jeżdżących po Valletcie. 133 to kultowa linia (obsługiwana małymi volkswagenami), która jeździła ciasnymi uliczkami stolicy (w tym i północnym odcinkiem triq ir-Repubblika). Kończyła na przystanku Kastilja (to jest to rondko powyżej głównej bramy miejskiej, skąd jest fajny widok na trójmiasto), podobnie jak 122,123,130 i 132 (Park&Ride). Roku temu spotkałem 133 przeciskające się po deptakach, za to nie było tych pozostałych, choć rozkłady na rondku wisiały. Tym razem przystanek zniknął, a na podjeździe wisiał jedynie rozkład 133 i dość enigmatyczna rozpiska tajemniczej linii „Park&Ride” (wychodzi, że to 132). Zauważyłem jednak, że 122 i 123 jeżdżą teraz do dworca i oto na dworcu odnalazłem nowy słupek przystankowy dla 122,123,130,133 i P+R. Co ciekawe, powiesili rozkłady, ale nie zmienili w nich trasy (jakby Arriva zablokowała im możliwość edycji). P+R nie widziałem (chyba że coś, co jeździło z kartką „Staff Bus” i woziło kierowców). Natomiast łażąc po uliczkach stolicy nie doczekałem się 133, mimo że na przystankach czekało kilku zwiastunów. I oto przeżyłem szok na nabrzeżu, widząc 133 jadące 15 minut przed czasem, obsługiwane przez duży chiński autobus (ciekawe, zważywszy że na kluczowe linie wysyłają ciasne tureckie maluchy). Wydedukowałem, że pewnie jeździ pomijając starówkę i postanowiłem się przejechać. To wówczas odnalazłem ten słupek na dworcu (co ciekawe, znalazłem go po… numerze rejestracyjnym autobusu, bo choć stoi tuż przy punkcie obsługi, to autobusy skutecznie go zasłaniają. No i było trochę śmiechu, bo autobus stał wygaszony już po odjeździe. Wówczas skapnął się jeden z tych panów z nadzoru, co to biegają z wielkimi kartkami i notują punktualność, zaczął biegać i krzyczeć. Żartowałem, że szuka dla nas kierowcy. I tak faktycznie było. Wpadł do punktu socjalnego, coś nawrzeszczał i po chwili kierowca wypadł speszony, przybiegł na przystanek i gromko zaanonsował „one-three-three”. Potem czekaliśmy trochę, aż komputer się odpali, żeby móc odbić kartę i autobus się napompuje (tu kierowcy zabrakło cierpliwości i pojechał niedopopowanym), po czym odbyliśmy rundkę wokół murów stolicy, zupełnie pustym autobusem. Tak jak się spodziewałem – niestety w ogóle nie wjeżdża w ciasne uliczki, jedzie tylko zewnętrznym wałem. Nie mam pojęcia, czy to na stałe (komuś przeszkadzało i znikła jedna z większych atrakcji), czy to chwilowo, bo akurat dali duży autobus. Dzień wcześniej bowiem był normalnie volkswagen (widziałem go na dworcu), a przystanki na uliczkach stoją po staremu. Jeśli ktoś jest w stanie to ustalić, to będę wdzięczny.

Tabor. Tu kolejny koszmarek – po tym, jak Hiszpanie zakupili 40 miniaturowych okarów z Turcji, które świetnie się sprawdzają na ciasnych uliczkach, ale zabierają połowę mniej pasażerów, czekałem na ich dalszy zakup (miało być łącznie 140). Okazało się, że zakupili tylko otokary (plus tych kilka używanych mercedesów citaro, odkupionych od angielskich lotnisk). I teraz tak – na liniach lotniskowych w mercedesach jedzie się przyjemnie, w „chińczykach” rzęzi, stuka i charczy, ale jest trochę miejsca, choć za zakup autobusów z jednymi drzwiami powinno się Brytyjczyków zesłać do Sherwood, natomiast jeśli podjedzie otokar to spora jest szansa się nie zmieścić. Myślałem, że dadzą je na linie drugorzędne, ale oni najwyraźniej potraktowali je jak normalny tabor (no, choć przynajmniej mają drugie drzwi…) i spotkać je można wszędzie. Jedynie lotniskowe są od nich wolne, ale… te akurat jeżdżą dość puste. No, może z wyjątkiem X3 na odcinku Rabat – Buġibba jeździ przepełnione, bo tam brakuje linii lokalnej. Rząd i Hiszpanie łudzą się, że problem tłoku w autobusach rozwiążą wprowadzając te nowe linie, ale jak dla mnie mnożenie linii zamiast zwiększania częstotliwości może dać odwrotny efekt. Tak więc – wsiadajcie raczej na pętlach, gdy autobus jest jeszcze w miarę pusty. Albo korzystajcie z linii drugorzędnych, w których nie ma tłumów. Na przykład zamiast jechać 82 można się przejechać czymkolwiek pod szpital Mater Dei i stamtąd 210. I podobnie w innych przypadkach.

A na koniec karta Tallinja. Co ja sądzę o tych wszystkich elektronicznych wynalazkach, to pewnie już pisałem, ale cóż – świat bzikuje. W każdym razie nie liczcie na do, że doładujecie sobie za X euro, a jak braknie, to doładujecie. Naładowaliśmy sobie obie karty po € 10 na próbę. Wyświetla się komunikat, że doładowanie potrwa 24 h, ale w internecie od razu pokazuje pełną kwotę. No to przed wyjazdem jeszcze doładowaliśmy mniejszymi kwotami. Zajeżdżamy, a tam kasowniki bezczelnie pokazują € 10. Skapnąłem się, że nie minęły jeszcze 24 godziny. Ale następnego dnia wciąż to samo; mało tego – doładowanie znikło z internetu. Tak jakby dane o skasowaniach nadpisały właściwe saldo. Ale potem wszystko się wyrównało – kwota doładowań pojawiła się na karcie. Na jednej po 48 godzinach, na drugiej po 60. Nie ma jak nowoczesność. Oczywiście nie ma możliwości sprawdzenia historii doładowań, podróży itp.

To tyle narzekań, żeby się każdy nastawił na nieprzewidziane trudności. Bo jak się już na to nastawicie, to poza tym jest oczywiście super!

************************

Celem wzbogacenia relacji, po konsultacji z autorami serwisu postanowiłem wrzucić opowiastkę o jednym ze swoich dni na Malcie, która może posłużyć jako wskazówka, jak sprawnie przemieszczać się po Malcie, nie przejmując się trudnościami.

Najważniejsze jest nastawienie. To nieprawda, co czytałem na niektórych stronach, że w komunikacji na Malcie nic nie wiadomo i nic nie działa (ja byłem całkiem zadowolony), ale jak widać z powyższego opisu, problemów może być sporo. Dlatego wciąż uważam, że dobrze nastawić się, że wszystko będzie źle. Wtedy zaskoczenie może być pozytywne, do tego luzik, uśmiech i miłe wspomnienia.

A zatem: Przede wszystkim zaopatrzyć się w komplet rozkładów jazdy i mapki, które udostępniamy na tej stronie oraz zdecydować wcześniej o rodzaju biletu. Bilety 7-dniowe dają pełną swobodę, a zamówienie karty Tallinja oszczędności. Ja wybrałem drugą opcję, choć w sumie nie lubię takich taryf. Bo gdy cena jest uzależniona od liczby i czasu przejazdów, to pasażer zamiast jeździć jak najwięcej, kombinuje jak tu jeździć jak najmniej. Do tego może być niesprawiedliwie, bo jeden autobus ucieknie i w kolejnym nie zaliczy już przesiadki. Czyli cena zależy od punktualności. Jeśli tak czy inaczej ktoś zamawia kartę, warto doładować wcześniej na odpowiednią kwotę, bo – jak pisałem – proces doładowania może trwać kilka dni. No i jak chcecie wrócić z Blue Grotto, to nie zwracać uwagi na to, że na przystanku wisi rozkład 71 do Valletty, bo taki autobus zimą nie kursuje.

Chciałem opowiedzieć o pewnej listopadowej sobocie, gdy wyznaczyłem sobie do zwiedzenia Kemmunę (Comino) i Għajn Tuffieħa (Golden Bay). Pozornie niedużo, ale zważywszy, że nocuję zazwyczaj w Birżebbuġy, odległość do Ċirkewwy jest spora (autobusem trzeba liczyć ze dwie godziny), dzień zamierzałem zacząć od kąpieli w morzu, na kolację zamierzałem się udać do Sliemy i obejrzeć stamtąd Vallettę w promieniach zachodzącego słońca, a dni w listopadzie są krótkie (i promy z Comino po południu rzadziej pływają), robiło się dość karkołomnie. Pierwotny plan wydawał się prosty – pojechać X4 o 10:56, na lotnisku przesiąść się na X1 o 11:23, które dotrze na miejsce o 12:36, następnie prom o 13:10, powrót 14:30, autobus 101 do Golden Bay o 15:24, stamtąd 225 do Sliemy o 16:26 i mamy zachód słońca o 17:34. Jednak po konsultacji z drugą połową postanowiłem sobie utrudnić i zaliczyć jeszcze Popeye. Autobus na Popeye jedzie tylko 6 minut, ale raz na godzinę, podobnie jak 101/102, a to oznacza, że na tę krótką wyprawę trzeba przeznaczyć aż dwie godziny. Co prawda można pójść pieszo, ale to niewiele przyspieszy.

Stanęło więc na tym, że pojedziemy godzinę wcześniej, zachód słońca obejrzymy na Golden Bay, a w Slieme będzie tylko zaliczanie knajpki. Wyszło więc tak: można jechać 82 o 10:04 i przesiąść się na przystanku Bombi w 42. Tyle że na przesiadkę byłoby 0 minut (10:39 – 10:39), a do tego należało liczyć się z korkami w okolicach Mosty i przyjazd do promu na 11:51 mógł być ryzykowny. Postanowiłem więc jechać tym 82 o 9:44 i przesiąść się na 41 o 10:19, a jak się nie uda, to dopiero 42 o 10:39. Były też inne opcje (np. przesiadka z X4 na X1, ale też przyjazd do promu wypadał na 11:51). Chodziło mi po głowie, by dodatkowo się ubezpieczyć i pojechać X4 o 9:26, które w Bombi jest już o 10:09. Tyle że jeszcze z balkonu zobaczyłem, jak X4 rusza sobie z pętli beztrosko o 9:18, czyli 8 minut wcześniej. Norma w tym miejscu. No to poszliśmy sobie na 82. Ono też było oczywiście przed czasem (9:39 zamiast 9:44). Myślałem, że to zbyt długi czas rozkładowy między pętlą Marconi a centrum miejscowości. Ale potem spacerowaliśmy w rejonie pętli i wiem, że oni sobie tam przyjeżdżają 10 minut przed czasem, postoją chwilę, znudzi im się i ruszają przed czasem z powrotem. No ale zdążyliśmy.

Po drodze było trochę korków, ale rozkład jest na tyle luźny, że i do Bombi dotarł przed czasem – 10:15. No to spokojnie czekamy na 41. Do godziny 10:33 się nie pojawiło. Nic dziwnego, w końcu w środkowej części wyspy są korki. Za to pojawiło się 37, które powinno być 10:17. Decyzja szybka – wsiadamy. Trzeba jeździć na zasadzie „byle do przodu”, a wybór drugorzędnej linii z reguły jest pozytywny. No więc jedziemy sobie tym 37 i zaczynam kombinować. Ono jedzie trochę pokręconą trasą, więc jak pojawi się to spóźnione 41, to pewnie nas wyprzedzi. Ale nie ma co kombinować. Dochodzę do wniosku, że najlepiej pojechać do węzła przesiadkowego Mellieħa.

Obowiązuje zasada, że stamtąd jest bardzo dużo linii do Ċirkewwy, więc nawet jeśli utkną w korkach, to któryś się pojawi (dlatego właśnie w nowoczesnych miastach, jak Wiedeń, liczbę linii się ogranicza, bo lepiej, żeby jedna jeździła co 5 minut, niż kilka podobnych rzadko). Ale po drodze zaczyna mnie kusić. Jeśli nasz autobus utrzyma spóźnienie 16 minut, to na węźle będziemy mieli 4 minuty na przesiadkę na X1. X1 jedzie szybciej, więc możemy wysiąść już pod szpitalem i zaczekać na nie 20 minut. Ale nie chcę ryzykować. Ono też może się spóźnić, a na wyspie wciąż stoją znaki o spodziewanych korkach na remontowanej trasie wzdłuż wybrzeża Salina. Wygrywa pierwotna opcja z silną wiązką linii z węzła Mellieħa. Jedziemy – opóźnienie przez całą trasę 16 minut. No cóż, gdy się spieszymy, to akurat rozkład nie jest luźny. Ale pamiętamy o naczelnej zasadzie – zakładać, że może być kiepsko, przewidzieć trudności i nie tracić dobrego humoru.

Do Mellieħy docieramy na 11:31, a X1 powinno być 11:35. No i super. Tyle że okazuje się, że ono w korku jednak nie stało i widzimy, jak bezczelnie wyjeżdża z węzła o 11:30. No to czekamy na COŚ. Zerkam nawet w rozkłady na przystanku (jakiś dziwny odruch), ale wybucham śmiechem, bo wiszą nieaktualne z lata 2014, gdzie 42 jeździło co pół godziny, 41 w zupełnie innym takcie, a 101 i 102 co 45 minut. W końcu pojawia się opóźnione 18 minut 222 i jedziemy dalej.

Potem wszystko już przebiega sprawnie. Wciąż nie opuszcza nas dobry humor i nawet 20-minutowe opóźnienie linii 102 nie psuje nam planów. Jedyny mały minusik to pogoda na Golden Bay. Zachód słońca został mianowicie odwołany przez… chmury.

O Autorze

Założyciele portalu maltaigozo.pl. Miłośnicy Malty, a w szczególności Gozo.

X