Krystiano i Ola podzielili się z nami swoją relacją z krótkiego, ale intensywnego wypadu na Maltę.

***

Po wylądowaniu od razu udaliśmy się do autobusu i pojechaliśmy do Marsaxlokk. Nie wiedziałem dokładnie gdzie wysiąść, ale w pewnym momencie wszyscy zaczęli wysiadać, więc my tez i zaraz za zakrętem ukazała się zatoka z kolorowymi łodziami. Powiem szczerze, że jakbyśmy tam nie pojechali od razu, tylko np. na koniec pobytu, to byśmy żałowali, bo kompletnie nic się tam nie dzieje, no ale jesteśmy zachwyceni spokojem tego miejsca i tymi łódkami. Tylko te kominy w tle psują widok (swoją drogą, nawet nie wiem co tam jest? Fabryka, czy elektrownia jakaś? Pozytywnie i negatywnie zostaliśmy zaskoczeni w jednej z knajpek. Obiad masakrycznie wielki. Tymi dwoma porcjami mogłoby się najeść 5 osób i to za bardzo przyzwoite pieniądze. Niestety, nie było mega smaczne, raczej przeciętne, a obsługa widząc jak mało zjedliśmy, policzyła nam 5euro mniej do zapłaty 😉

Po przejściu kilku uliczek i portu wsiedliśmy do autobusu i pojechaliśmy do hotelu w Qawrze. Tutaj miłe zaskoczenie. Pan z obsługi co nieco znał Polski i był bardzo uprzejmy, a sam hotel bardzo czysty i z dobrym standardem jak na 3 gwiazdki. Nie wiem, czy to taka pora roku, czy tam tak jest, ale takiego wiatru to ja jeszcze nie widziałem. W nocy myślałem, ze okna powyrywa. Ogólnie ten szum nie pozwalał spać.

We czwartek dalej wiatr, ale słonko piękne, więc pojechaliśmy do Mdiny.

Uhhhhhh co za wspaniałe miejsce. Te cichutkie uliczki, knajpka na murze z widokiem na duuuużą część wyspy i morze 😉 Rewelacja. Na razie tylko kawa i ciastko, ale znowu takie wielkie porcje 😉 Później oczywiście Rabat – też urokliwe miasteczko, ale tam tylko parę chwil, bo mieliśmy autobus do Dingli. A tam jeszcze lepiej, te widoki nas powaliły. Przez całe wybrzeże (jeśli można to tak nazwać) szliśmy na nogach, aż do Żurrieq, cykając co chwilę fotki z innej perspektywy tej wysepce Filfla.

Oczywiście Blue Grotto, to już w ogóle hit. Tam przy pętli autobusowej zjedliśmy obiad.

Nauczeni dużymi porcjami, zamówiliśmy tylko jedno danie, które oczywiście nam starczyło. Znowu nie było mega smaczne, ale bardziej zjadliwe od poprzedniego. Ogólnie moja żona jest rozczarowana jedzeniem, ale i tak jest o niebo lepiej niż np. w Budapeszcie, gdzie przez 3 dni praktycznie głodowaliśmy, bo albo nie było gdzie kupić, albo było wstrętne.

Z Blue Grotto pojechaliśmy na lotnisko i stamtąd do Qawry.

Trzeciego dnia plan był na rowery na Gozo, a tu niestety znów silny wiatr, przeplatany z deszczem. wybraliśmy się więc na spacer od dolnej Qawry, przez St Pauls Bay, i całą Bugibbę naokoło i w poprzek, zahaczając o aquarium. O ile promenada i cały spacer ok, widoki fajne, o tyle akwarium nie zrobiło na nas wrażenia. Nie dość że drogie, to mało ciekawe. O niebo lepsze jest oceanarium w Budapeszcie. No ale byliśmy, widzieliśmy, mamy co wspominać. Jako ciekawostkę dodam, że sami rozmnażają rekiny z embrionów!

Obiad w knajpce Red Lion na Tourist Street w Qawrze tym razem smakował mojej żonie – bo na ostro, a ja wyszedłem stamtąd głodny ;(  może w sumie to i dobrze, bo jak spróbowałem pastizzi z szynką i serem, to kupiłem sobie 4 te duże i się napchałem 😉 po czym pojechaliśmy na Golden Bay.

na malciePogoda się zrobiła superowa, tak, że nawet zamoczyliśmy nogi, pozbieraliśmy trochę muszelek, spacerem przeszliśmy na Tuffiechę.

Stamtąd do Paceville na spacer promenadą do St. Julians. Kurcze, jaki tam dobrobyt. Te jachty za miliony euro. Echhhhh. Romantyczny wieczór w przepełnionej turystami knajpce Cuba i powrót do hotelu.

na Malcie

Dzień czwarty to Gozo. Statek pełniuteńki. Po wyjściu nie udało nam się wepchać do autobusu, więc poszliśmy na nogach pod górkę w stronę fortu Chambray. Tam jakiś remont i nie dało rady tam wejść, więc na przystanek. Kolejny autobus się nie zatrzymał z powodu przepełnienia, więc dostałem nerwicy. Wracaliśmy z powrotem do portu, żeby tam się zapakować do busa. Na szczęście się udało, ale ponad godzina w plecy. W stolicy połaziliśmy po uliczkach, oczywiście nie omijając cytadeli, na której praca wre. Akurat takich widoków chciałem uniknąć, ponieważ na co dzień jestem operatorem koparki, a tam więcej koparek niż turystów 😉 no ale spoko. Powrót do dworca i jazda do Dwejry.

Azure Window przepiękne. Akurat słońce padało na nie od przodu, ale ludzi masa i znów ten wiatr. Fale były wyższe od nas, tyle że bardzo ciepło – krótkie spodenki i krótki rękawek- to lubię 😉 Do autobusu mieliśmy godzinę, więc zrobiłem chyba ze 300 zdjęć, no i powrót do stolicy. Tam przepyszny (wreszcie) obiadek 😉 aż zostawiłem miłej pani napiwek 😉 Następnie udaliśmy się do Xlendi, gdzie po prostu myślałem, ze mi oczy wyskoczą. Nie dość ze piękne słoneczko, to jeszcze te widoki na klify. Spacerowaliśmy tam wzdłuż tych klifów dłuuuuugo, opaliliśmy się trochę, oczywiście mnóstwo fotek, i doszliśmy do tej miniaturowej plaży obok restauracji, wdrapaliśmy się też do jakiejś groty na wzgórzu. Później po małym lodzie i znów do stolicy. Tam już tylko spacer po parku i powrót do Mgarr. Na prom czekaliśmy prawie 50 min, a byliśmy dość mocno wyczerpani, tak że prawie usnęliśmy na tych ławkach 😉 Oczywiście już dawno było po zachodzie słońca.

No i nadszedł ostatni dzień. Od samego rana pojechaliśmy do Valletty. Pogoda rewelacja. W cieniu było 28 st. po prostu upał. Po przejściu całego prawie centrum, obeszliśmy wzdłuż murów po stronie z widokiem na Sliemę i Manoel island. Następnie ogrody dolne i oczywiście górne ze świetnymi widokami na 3 miasta. Knajpka, piwko dla ochłody, żona kawka i w drogę do autobusu i prędko do Birgu. Tam znowu fantastycznie, super miejsce, znowu świetne widoki. Spacerkiem doszliśmy do Isli, ale tam z kolei mało ciekawie. Jakieś pijaczki, widok na wielki dźwigi w porcie i ogólnie jakiś taki syf. Moja żona nazwała to miejsce typowymi slumsami. Jak na złość nie było też gdzie zjeść. Plan był wrócić do Valletty na obiad, ale niestety uciekł nam autobus, a następny jechał na lotnisko, więc tam też pojechaliśmy i musieliśmy zjeść ohydztwo w mc donaldzie. Lot powrotny niestety też nie należał do przyjemnych, bo okazało się ze przez mgłę w Krakowie nie da się wylądować i dotarliśmy do Wrocławia. Ale zanim podstawili autobus, zanim się ludzie pozbierali, itd, to w Krakowie zamiast o 23.15 byliśmy o 4.45. Szybko do samochodu i ogień. Do domu weszliśmy o 6.00, zrobiłem tylko kanapki i do pracy 😉 Myślałem, ze się wykończę w tej koparce, bo przecież przez całą tą podróż, nawet nie zmrużyłem oka.

No ale suma sumarum jesteśmy mega zadowoleni. Kraj bardzo piękny, widoki fantastyczne, ludzie przemili, nie licząc tylko tego, jak się zachowują na drogach. klimat nam pasuje, przynajmniej w październiku 😉 Nie wiem, czy jeszcze tam kiedyś wrócimy, bo jest jeszcze tyle innych miejsc do zobaczenia, ale wiem, ze bardzo bym chciał… choćby wreszcie na ten rower, bo teraz się nie udało pojeździć.

Pozdrawiam serdecznie
Krystiano i Ola

X