Polecamy relację Oli, która z przyjaciółmi spędziła na Malcie wrześniowe wakacje.

***

Malta, Gozo i Comino – 9-20 września 2014

Dzień 1

Wtorek 09.09.2014 – Ghadira Bay

Około godziny 7 startujemy 5-osobową grupą liniami Ryanair z lotniska we Wrocławiu. 2,5 godziny niezwykle spokojnego lotu i lądujemy na lotnisku Malta Luqa. Na wstępie zaskoczyło nas, że nie poczuliśmy buchnięcia gorącego powietrza, jakiego się spodziewaliśmy przy opuszczaniu samolotu. Jednak już w południe przekonaliśmy się, że upał panuje tu nieziemski i na brak słońca nie będziemy narzekać.

Odbieramy bagaże, za 6,5EUR kupujemy bilet tygodniowy na komunikację miejską, a następnie autobusem X1 udajemy się do Melliehy, gdzie spędzimy 6 kolejnych dni. Zaraz po wyruszeniu w drogę dostrzegamy niezwykłe zróżnicowanie ukształtowanie terenu. Co chwilę podjeżdżamy pod górę mając wrażenie, że autobus już dalej nie da rady, by za chwilę zjechać gwałtownie w dół i tak w kółko. Trzeba też wspomnieć, że ruch na Malcie jest lewostronny, a kierowcy niezwykle wyluzowani, do czego niełatwo się przyzwyczaić. Po około godzinie drogi wysiadamy na przystanku Mellieha Interchange.

Dotarcie z niego do mieszkanka, które wcześniej zarezerwowaliśmy, nie odbyło się bezproblemowo, gdyż połapać się w tych dziwnie nazwanych, krętych uliczkach to nie lada wyzwanie. Jednak po kolejnej godzinie tułania się z bagażami udało się! Apartament z 3 sypialniami, 2 łazienkami, kuchnią i salonem okazał się bardzo dobrym rozwiązaniem dla naszej piątki. A taras z widokiem na kościół, zatokę i Morze Śródziemne wraz z Gozo w tle zadowolił nas najbardziej.

Ogarnęliśmy się szybciutko i poszliśmy na najdłuższą na Malcie piaszczystą plażę – Ghadira Bay. Pogoda jest przepiękna, natomiast co do samej plaży uczucia mamy mieszane. O ile hałas z pobliskiej, bardzo ruchliwej drogi, jakoś szczególnie nie przeszkadza, to turyści owszem. Jest ich tu zdecydowanie za dużo, cała plaża obstawiona leżakami i parasolami, więc pewnie w szczycie sezonu znalezienie miejsca graniczy z cudem. Nam się udaje bez większych problemów. Woda jest nieco zanieczyszczona przez turystów i łodzie, ale raczej przejrzysta. To co jednym się podoba, a innym nie to bardzo długi i płytki brzeg. Trzeba przejść naprawdę spory kawałek w głąb morza, żeby zanurzyć się choćby do pasa. Z tego powodu Ghadira Bay jest uznawana za idealną plażę dla rodzin z dziećmi. Dla mnie jest ok, ale na pewno będę szukać lepszej.

Przed wieczorem wracamy do mieszkanka, ogarniamy się i wychodzimy na kolację. Mellieha jest miejscowością typowo turystyczną, ale bardzo spokojną. Na głównej ulicy znajduje się kilka czy kilkanaście restauracji i sklepów i to wszystko. Menu praktycznie w każdej knajpie takie samo: pizza, burgery, makarony, ryby i królik. Ceny w granicach 5-30EUR, ale za 8-15 można się porządnie najeść. My bezpiecznie postawiliśmy na burgery i pizze. Później kupiliśmy jeszcze winko (polecamy białe Lachryma Vitis za niecałe 2EUR :D), które wypiliśmy na wzgórzu tuż obok kościoła z widokiem na Ghadira Bay, morze i Gozo w oddali.

Dzień 2

Środa 10.09.2014 – Paradise Bay + Bugibba

Dziś w planach były dwie, przez wiele osób uznawane za najładniejsze, plaże Malty. Pierwszy autobus, który podjechał, nie zabrał nas, gdyż miał już za dużo pasażerów. Kolejny do którego wsiedliśmy okazał się niewłaściwym i żebyśmy nie musieli wracać, zmieniliśmy nieco plany. Wybraliśmy się na Paradise Bay. Wysiedliśmy na przystanku Musa (2 przystanki przed Cirkewwa).

Zobaczyliśmy w lewo znak Paradise Bay, jednak nie było tam żadnego chodnika, więc uznaliśmy, że to droga i znak dla aut, a my udaliśmy się prosto w stronę portu. Niestety po około 600m. zobaczyliśmy w oddali po lewej stronie ową plażę, więc okazało się, że jednak źle poszliśmy. Zawróciliśmy i udaliśmy się ponad kilometr w kierunku, który wskazywał znak. Asfaltowa droga pod górę w samo południe to nie lada przeprawa.

Później jeszcze wąskimi schodami w dół i dotarliśmy! Plaża wynagrodziła nam wszelkie trudy! Wg mnie jest to najładniejsza plaża na Malcie i zasługuje na miano Paradise. Jest co prawda niewielka, ale woda jest wręcz przezroczysta. Wchodząc do morza po pas, bez problemu można zobaczyć swoje stopy. Fani snorkelingu mają możliwość pooglądania kolorowych rybek, znajdują się tu również bary, więc właściwie wszystko czego potrzeba do odpoczynku.

Po południu wróciliśmy do Melliehy (okazało się, że raz na godzinę jeździ tam autobus 37A, więc droga powrotna nie była taka ciężka), żeby wieczorem udać się do oddalonej około 6 km miejscowości Bugibba. Jest to jeden z najpopularniejszych kurortów na Malcie i zdecydowanie bardziej tętniący życiem niż Mellieha. W jednej z klimatycznych restauracji zjedliśmy kolację. Na 2 talerzach zagościły scampi – smażone kulki rybne z frytkami i surówką, które zdecydowanie mogę polecić.

Norbert odważył się spróbować królika, jednak fenek nie został jego faworytem. Reszta zjadła pizze, która jest tu naprawdę smaczna. Zważywszy na niewielką odległość, Włochy prawdopodobnie mają swój wpływ na maltańską kuchnię. Da się również zauważyć akcenty brytyjskie, jak chociażby typowe english breakfast, gdyż Malta jest byłą kolonią brytyjską. Po kolacji przespacerowaliśmy się jeszcze po Bugibbie, wypiliśmy winko nad morzem, a gdy chcieliśmy wracać okazało się, że autobusy nocne jeżdżą tylko w piątki i soboty. Tym samym zostaliśmy zmuszeni do powrotu taksówką i wydania 25EUR.

Dzień 3

Czwartek 11.09.2014 – Gozo i Comino

Wg mnie chyba najfajniejszy dzień naszego wyjazdu. A to za sprawą wycieczki na Gozo (jedną z wysp Malty) oraz Crystal Lagoon i Blue Lagoon. Do wybrania się na zorganizowaną wycieczkę zachęciła nas relacja prowadzących bloga maltaigozo.pl. Dostaliśmy od nich wszelkie namiary do zrobienia rezerwacji oraz vouchery zniżkowe. Za Combi Tour, bo tak nazywała się wycieczka, którą wybraliśmy, zapłaciliśmy 56EUR/os i były to bardzo dobrze wydane pieniądze.

Ok. godz. 9.30 z Melliehy zabrał nas autobus i zawiózł do mini portu obok Ramla Bay, gdzie już czekał na nas niewielki, ale bardzo ładny statek. Popłynęliśmy na Gozo, gdzie połowa osób przesiadła się do yeepów, a reszta, w tym my, wyruszyła w rejs do Crystal Lagoon. Widoki i kolor wody są naprawdę nie do opisania. Zatrzymaliśmy się na środku krystalicznej laguny na ok.40min i mieliśmy ten czas dla siebie. Zdecydowaliśmy się na krótki rejs po jaskiniach pontonem z silnikiem elektrycznym. Kosztowało nas to dodatkowe 5EUR/os, jednak wrażenia były niesamowite. Rejs trwał trochę za krótko, ale wpłynęliśmy między innymi do ciemnej jaskini, która miała piaszczystą plażę w środku i kilku innych ciekawych grot, także naprawę było warto. Pozostały czas można było spędzić na podglądaniu rybek i pływaniu w lagunie bądź podziwianiu pięknego krajobrazu z pokładu statku z lokalnym gozyjskim winkiem w dłoni.

Następnie popłynęliśmy do Blue Lagoon, która jest chyba nieco bardziej zanieczyszczona przez turystów i wpływające do niej statki, ale równie urokliwa. Tutaj spędziliśmy 1,5 godziny jedząc lunch składający się z lokalnych przysmaków, karmiąc rybki i pozując do zdjęć na tle błękitnej laguny.

Czas minął błyskawicznie i musieliśmy wracać na Gozo. Teraz nasza grupa przesiadła się do yeepów. Trafiliśmy na driverkę, która miała trochę problemów z manewrowaniem dość opornym autem, ale była bardzo sympatyczna i rozgadana. Dzięki niej dowiedzieliśmy się wielu ciekawostek na temat życia na Gozo. Z portu w Mgarr ruszyliśmy w kierunku Victorii i gdzieś po drodze się zgubiliśmy odłączając się od naszego konwoju.

Jednak niedługo po tym dotarliśmy do pierwszego punktu naszej wyprawy – Azure Window – widok zdecydowanie zapierający dech w piersiach. To niezwykłe okno powstało w wyniku erozji wapienia. Patrząc na Azure ciężko uwierzyć jak niesamowite rzeczy potrafi stworzyć natura. Bardzo ubolewaliśmy, że mogliśmy tam spędzić zaledwie 20 min., ale niestety nasza driverka już zaczęła się denerwować, bo wszystkie pozostałe yeepy z naszej wyprawy już odjechały.

Udaliśmy się do Sanktuarium Matki Bożej z Ta Pinu, które jest uznane przez Stolicę Apostolską za miejsce objawień, gdyż słyszano tu głos Matki Boskiej nawołującej do modlitwy. W maju 1990 roku mszę święta odprawił tutaj Jan Paweł II. Wchodząc do sanktuarium należy pamiętać o odpowiednim ubiorze lub założeniu peleryny na ramiona i nogi.

Kolejnym punktem naszej wycieczki były Salt Pans – 350-cio letnie formy solne, w których produkowana jest sól morska.

Później udaliśmy się na taras widokowi, gdzie mogliśmy zobaczyć Ramla Bay – plażę o nietypowej, czerwonej barwie piasku oraz Calypso Cave w oddali. Ostatnim celem naszej wycieczki był deptak, z którego rozlegał się widok na całe Comino. Po tym zostaliśmy odwiezieni do portu w Mgarr skąd wróciliśmy statkiem na Maltę. Po ogarnięciu się, pełni nowych wrażeń, wyszliśmy na szybką kolację do jednej z knajpek w Mellieha.

Dzień 4

Piątek 12.09.2014 – Golden Bay i Ghajn Tuffieha Bay

Dziś wybraliśmy się na Golden Bay i Ghajn Tuffieha Bay, na które nie dotarliśmy w środę. Jak już wcześniej pisałam, przez wielu turystów są one uznawane za najpiękniejsze plaże Malty. W porównaniu do pozostałych, plaże są dosyć spore, piasek przyjemny, jednak woda pozostawia wiele do życzenia. Golden Bay jest niestety dość mocno zanieczyszczona przez turystów. Niewątpliwym plusem jest tu szeroka gama wodnych atrakcji, jak chociażby crazy sofa, banan wodny czy nawet lot paralotnią z lądowaniem w wodzie – tu widoki z pewnością są niezapomniane. My poprzestaliśmy na plażowaniu.

Golden Bay jest oddzielona od Ghajn Tuffieha skalistym wzgórzem, którym postanowiliśmy przedostać się na drugą plaże. Droga z pewnością nie należy do najlżejszych, zważywszy na to, że jest nią tylko wydeptana przez turystów ścieżka momentami wymagająca prawie wspinaczki. Jednak widoki jakich dostarcza są zdecydowanie warte odrobiny wysiłku. Oczywiście można też przejść normalną drogą lub nawet przejechać 1 przystanek autobusem, ale to nie byłoby to samo. Później jeszcze tylko kilkadziesiąt schodów w dół i jesteśmy na Ghajn Tuffieha. Plaża jest nieco czystsza niż poprzednia i dociera tu trochę mniej turystów, co jest niewątpliwym plusem.

Można również pójść dalej i kolejnym skalistym wzgórzem przejść na Gnejna Bay, gdzie podobno wyznaczona jest plaża dla nudystów. My tylko weszliśmy na wzgórze zobaczyć jak zatoka wygląda, chociaż w oddali było ją widać już z poprzedniego wzgórza. W barze przy Ghajn Tuffieha zjedliśmy pyszną pizzę czekając na zachód słońca, który pięknie widać po tej stronie wyspy. Powrót nie odbył się bezproblemowo. Poszliśmy na przystanek, z którego autobusy odjeżdżały w kierunku przeciwnym do Melliehy, bo niestety w drugą stronę żadnego przystanku nie było. Wsiedliśmy w pierwszy lepszy autobus by dojechać gdzieś i przesiąść się na autobus, który mógłby nas zawieźć do mieszkanka.

Wysiedliśmy pod kościołem w Mgarr, swoją drogą bardzo ładnym, jednak okazało się, że stąd też nie mamy jak dojechać. Nagle podjechał bus 102, ale kierowca stwierdził, że musi zrobić sobie przerwę, bo jeździ już od kilkunastu godzin. Poczekaliśmy na niego z pół godziny i mogliśmy ruszyć w drogę powrotną. Przejechaliśmy znów koło Ghajn Tuffieha, ale autobus zatrzymał się dopiero na przystanku przy Golden Bay, więc okazało się, że wcześniej powinniśmy tam dojść i dojechalibyśmy do Melliehy bez problemów. Ale człowiek uczy się całe życie . Wróciliśmy chyba koło godz. 21 i już nigdzie nie chciało nam się wychodzić, więc wypiliśmy tylko winko na tarasie i poszliśmy spać.

Dzień 5

Sobota 13.09.2014 – Mediterraneo – Marine Park, Popeye Village, St. Julian’s i Sliema

Podzieliliśmy się na dwie grupy. Pauka z Olgą pojechały do Mediterraneo – Marine Park Malta podziwiać delfiny, a ja z chłopakami wybraliśmy się do Popeye Village. W oczekiwaniu na autobus uświadczyliśmy maltańskiego deszczu, który trwał maksymalnie pół godziny, ale już powoli zaczynał paraliżować ruch uliczny wśród nieprzyzwyczajonych do opadów Maltańczyków.

Popeye to drewniana wioska zbudowana w 1979 roku w malowniczej zatoce Anchor położonej na północno-zachodnim wybrzeżu Malty, jako plan filmowy musicalu Popeye opowiadającego o perypetiach nieustraszonego, nieco porywczego marynarza o dobrym sercu. Po zakończeniu zdjęć osadę przekształcono w muzeum, które stopniowo rozbudowano w jedną z największych atrakcji turystycznych Malty. Z pewnością najlepszą zabawę mają tu dzieciaki, dlatego my nie wchodziliśmy do środka.

Obejrzeliśmy wioskę z góry i wąwozem udaliśmy się na betonowy podest, z którego można podziwiać pływające w turkusowej wodzie rybki, wskoczyć do wody czy zanurkować. Wróciliśmy, tak samo jak przyjechaliśmy, jedynym jeżdżącym tu raz na godzinę autobusem 237 na plażę Ghadira. W tym czasie dziewczyny uczestniczył w show delfinów i papug, podziwiały żółwie, lwy morskie i inne, a Pauka nawet pływała z dwoma delfinami. Taka przyjemność nie jest najtańsza, bo kosztuje 120EUR, ale miłośnicy zwierzątek na pewno stwierdzą, że warto.

Wieczorem wybraliśmy się do Sliemy i St. Julian’s. Są to sąsiadujące ze sobą nadmorskie miasteczka zdecydowanie najbardziej tętniące życiem. Mnóstwo świateł na głównej promenadzie tworzy nocą niesamowity klimat.

Natomiast Paceville to podobno najbardziej imprezowa dzielnica na całej Malcie polecana przez wszystkich na sobotnie party. Też zamierzaliśmy się tam wybrać, jednak wcześniej musieliśmy coś zjeść. Wybraliśmy jedną z knajpek na świeżym powietrzu tuż nad brzegiem morza. Zamówiliśmy różne makarony, odważniejsi z owocami morza, pozostali z innymi dodatkami. Niestety ogromne porcje w połączniu z dużym piwkiem dobiły nas. Zamiast nabrać sił na imprezę, ledwo byliśmy w stanie się poruszać.

Pospacerowaliśmy jeszcze trochę po Sliemie i St. Julian’s napatoczywszy się na zgraję młodych ludzi, prawdopodobnie imprezowiczów, jednak spęd ten wyglądał tak dziwnie, że ostatecznie zniechęcił nas do imprezy i autobusem nocnym wróciliśmy do Melliehy. Autobus nocny kosztuje 2,5EUR a bilet kupuje się u kierowcy (bilety dziennie, tygodniowe itp. nie obowiązują na autobusy nocne).

Dzień 6

Niedziela 14.09.2014 – Ramla Bay, Armier Bay i Bugibba

Wybraliśmy się na Ramla Bay – plażę usytuowaną na samej północy Malty. Jest ona malutka, prawie cała obstawiona leżakami, ale woda bardzo czysta. Wystarczy maska, rurka i można poobserwować rybki. W większości przebywają tu goście z pobliskiego hotelu. Wg mnie plaża nie powala, ale ma swój urok. Spędziliśmy tu kilka godzin, a następnie wybraliśmy się na Armier Bay. Kursuje tu tylko jeden autobus 37A i trzeba pamiętać, żeby pomachać, bo inaczej kierowca się nie zatrzyma.

My nie pomachaliśmy, ale żeby nie czekać godzinę, dojechaliśmy innym autobusem do Ghadira i na Armier zabrał nas autobus jadący z przeciwnej strony (komunikacja publiczna na Malcie nie jest najprostsza do zrozumienia, my często nie wiedzieliśmy o co chodzi). Na Armier Bay bardzo nam się spodobało. Plaża jest przedzielona na pół hotelem. W pierwszej części znajdowało się bardzo dużo ludzi, więc przeszliśmy na drugą, gdzie było ich nieco mniej.

Nie wiem czy tak jest tutaj zawsze, ale my akurat trafiliśmy na dosyć duże fale, co jest raczej rzadko spotykane na Malcie w sezonie letnim. Na materacu było ciężko poleżeć, ale pływać spokojnie się dało. Z Armier roztacza się piękny widok na Comino. Można udać się plażą jeszcze dalej i przejść przez bar na końcu plaży. Zobaczymy tam rozległe skaliste wybrzeże, gdzie fale niezwykle efektownie odbijają się od skał. Armier Bay to plaża zdecydowanie godna polecenia. Chyba najciekawsza zaraz po Paradise.

Wieczorem wybraliśmy się na festę, bo gdzieś w internecie znaleźliśmy informację, że dziś odbywa się w Qawrze. Jednak, tuż przed dojechaniem, od kierowcy autobusu dowiedzieliśmy się, że tego dnia żadnej festy nie ma. Do dziś nie wiemy o co chodziło, bo wg kilku stron internetowych powinna się odbyć. Wysiedliśmy w Bugibbie i udaliśmy się na Bugibba Square. Jest to najbardziej „żyjące” miejsce w tym mieście. Zarówno turyści jak i mieszkańcy siedzą w knajpkach czy pubach, których jest tu niezliczona ilość, bądź po prostu spędzają czas na środku placu rozmawiając i bawiąc się.

My również udaliśmy się na kolację wybierając stolik przy jednej z uliczek odchodzących od skweru. Jedzenie było w miarę smaczne, jednak czas oczekiwania zdecydowanie za długi. Gdy zwróciliśmy kelnerowi uwagę po około 40 minutach czekania, w ramach rekompensaty dostaliśmy darmowe drinki. Niestety nie zdążyliśmy na ostatni autobus i znów musieliśmy wracać taksówką.

Dzień 7

Poniedziałek 15.09.2014 – Pretty Bay

Dziś rano musieliśmy się spakować i przenieść z Melliehy do Birżebbugi. Przejechanie prawie całej Malty z północy na samo południe autobusem, z przesiadką w Vallettcie, zajęło nam prawie 2 godziny. Na przystanku pod kościołem w Birżebbudze czekał na nas David – nasz host. Zarówno on, jak i jego żona okazali się bardzo sympatycznymi i pomocnymi ludźmi. Jedynie ich dwuletnia córka, płacząca od godziny 4 nad ranem nie pozwalała Pauce na wyspanie się. Oni mieszkali na górze, a my mieliśmy do dyspozycji ogromny 150-cio metrowy apartament na dole. Składał się on z 2 bardzo dużych sypialni, dwuosobowego pokoju, dużej kuchni, 2 łazienek, wielkiego holu i tarasu, 3 małych balkonów i 1 dodatkowego pokoju, także spokojnie moglibyśmy się w nim nawet ganiać.

Po szybkim zakwaterowaniu chcieliśmy się wybrać do St. Peter’s Pool, ale niestety autobus nie przyjechał, a nie chciało nam się iść 6 km w jedną stronę i 6 z powrotem. Poszliśmy na pobliską plażę Paradise Bay. Panuje tu raczej spokój, nie ma tłumu turystów, gdyż Birżebbuga nie jest typowo turystyczną miejscowością. Zdecydowanie więcej tu lokalnych mieszkańców niż turystów. Plaża jest dosyć duża i czysta.

Niewątpliwym minusem jest ogromny port przeładunkowy, który uniemożliwia podziwianie morza na horyzoncie. Natomiast jego oświetlenie, odbijające się w morzu daje bardzo ciekawy efekt nocą. W centrum Birżebbugi tuż przy Paradise Bay jest mały park z placem zabaw oraz kilka knajpek, gdzie lokalsi spędzają wieczory. Panuje tu bardzo sympatyczny klimat. Posiedzieliśmy tutaj trochę, a później wróciliśmy do naszego apartamentu i spędziliśmy wieczór przy winku.

Dzień 8

(Wtorek 16.09.2014 – Valletta i Trzy Miasta
Dziś zwiedzamy stolicę. Dojechaliśmy do niej w niespełna pół godziny autobusem nr 82. Rzuciliśmy okiem na Florinę, a następnie przekroczyliśmy bramę Valletty. Wąskimi, niezwykle urokliwymi uliczkami, przemierzyliśmy całą stolicę, która jest malutka, bo ma niewiele ponad 0,5 km2. Byliśmy oczywiście w słynnych parkach, z których rozpościerają się piękne widoki na całą Maltę.

Po przekroczeniu bramy miasta udaliśmy się ogromnymi schodami ku zachodowi i dotarliśmy do Hastings Garden, z którego pięknie widać Florinę, Sliemę i okolice. Kolejnym parkiem był Upper Barrakka Garden, gdzie roztacza się widok na Grand Harbour i Trzy Miasta. W samo południe załapaliśmy się na salwy armatnie. Znajdują się tu również piękne rośliny i posągi. Jest to jeden z najładniejszych parków w stolicy.

Nieopodal zobaczyć można Auberge de Castille – siedzibę premiera. Okazała budowla z XVIIIw. niestety dostępna jest tylko z zewnątrz. Warto również udać się do Lower Barrakka Garden, z którego zobaczymy falochron oraz ogromny Dzwon Wolności.

W Vallettcie znajdują się również oberże Zakonu Maltańskiego, gdzie mieszkali rycerze podzieleni na grupy (osiem języków krzyża maltańskiego symbolizuje osiem grup). W stolicy Malty jest mnóstwo muzeów, kościołów itp. My jednak woleliśmy pospacerować uliczkami Valletty, bo to one nas najbardziej urzekły.

Windą przy Upper Barrakka Garden zjechaliśmy na dół i stamtąd popłynęliśmy małym statkiem do Trzech Miast: Birgu, Isola i Bormla. Nie mają one jasno wyznaczonych granic, więc ciężko stwierdzić gdzie kończy się jedno miasteczko, a zaczyna drugie. Są niewielkie i nie mają jakiś szczególnych atrakcji, ale warto się nimi przespacerować. Wieczorem rozpościera się stąd piękny widok na oświetloną Vallettę.

Jedyne czego żałowaliśmy to niezjedzenie obiadu w Vallettcie, gdzie jest pełno restauracji. W Trzech Miastach ciężko było nam znaleźć jakąkolwiek, a jak już się udało, okazało się, że do godziny 18 trwa siesta i kuchnia jest nieczynna. Wydostanie się stąd też nie jest łatwe, bo ciężko w ogóle znaleźć przystanek autobusowy, ale daliśmy radę. Podsumowując, spacer ulicami Valletty uważam za punkt obowiązkowy podczas pobytu na Malcie.

Dzień 9

Środa 17.09.2014 – Marsaxlokk i St. Peter’s Pool
David, nasz host, skoro świt zabrał Olgę i Norberta do St. Julian’s. Olga podziwiała wschód słońca, a panowie polowali na ośmiornice. O tej porze roku nie ma ich jeszcze zbyt wiele, więc złapali tylko kilka. Prawdziwy sezon zaczyna się podobno w grudniu. Norbi, fan podwodnego świata, zobaczył jak wygląda polowanie, zabijanie i usuwanie atramentu z ośmiornic.

Niestety nie było mu dane zasmakować żadnej z upolowanych ośmiornic, gdyż nadają się one do spożycia dopiero po kilku tygodniach. Natomiast ja z Pauką i Maćkiem wybraliśmy się na pieszą wycieczkę do St. Peter’s Pool. Najpierw dotarliśmy do Marsaxlokk, malowniczej wioski rybackiej oddalonej od Birżebbugi zaledwie 3 km, ale 3 km w 30-sto stopniowym upale to nie lada wyzwanie. Zrobiliśmy sobie odpoczynek regeneracyjny, przekąsiliśmy po 2 kawałki pizzy i wypiliśmy piwko podziwiając kolorowe łodzie luzzu.

Zahaczyliśmy o niewielki targ z bibelotami oraz lokalnymi przysmakami i wybraliśmy się w dalszą drogę, kolejne 3 km. Opierając się jedynie na zdjęciach trasy wyznaczonej przez google maps zrobionych tuż przed wyjście, niełatwo było trafić do celu. Oczywiście poszliśmy złą drogą. Zamiast skręcić w ulicę St. Peter’s Pool, skręciliśmy przecznicę wcześniej. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i przez przypadek natknęliśmy się na piękne widoki. Wysokie wapienne skały wychodzące z morza wyglądają naprawdę niesamowicie.

Przeszliśmy z jednego klifu na drugi, oddalony dość spory kawałek, by zorientować się, że to nadal nie jest St. Peter’s Pool. Musieliśmy zawrócić dobry kilometr, by wreszcie koło godz. 14 dotrzeć do celu. Przy Basenie Św. Piotra wcale nie było mało ludzi, ale bez większego problemu znaleźliśmy miejsce na skałkach.

Poleżeliśmy tu troszkę, żeby nabrać sił i nasycić się widokiem turkusowej wody. Pauka wskoczyła do morza z maską i rurką, bo warunki do snorkelingu są tu idealne, a rybek całe stada. Po 2 czy 3 godzinkach ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem na szczęście bez problemów. W Marsaxlokk zjedliśmy kolację – obowiązkowo rybkę i napiliśmy się winka. Już po zmierzchu, wykończeni całodniową wędrówką, ale zadowoleni dotarliśmy do Birżebbugi.

Dzień 10

Czwartek 18.09.2014 – Blue Grotto, Ghar Lapsi, Dingli Cliffs, Rabat i Mdina

Z samego rana udaliśmy się na lotnisko by odebrać zarezerwowany internetowo 2 dni wcześniej samochód. Trochę baliśmy się lokalnych wypożyczalni, zresztą w Birżebbudze nawet takich nie było, więc wybraliśmy międzynarodowego SIXTa. Za samochód wynajęty na cały dzień zapłaciliśmy 62EUR + 10EUR za paliwo (Malta ma zaledwie 316 km2 powierzchni (niewiele więcej niż cała Łódź), więc nie da się tam zrobić za dużo kilometrów).

Poza tym, że na zwrot depozytu (350EUR) czekaliśmy ponad tydzień, z wypożyczalni byliśmy zadowoleni. Po drobnych komplikacjach z załatwieniem formalności, wyruszyliśmy na zwiedzanie południowo-zachodniego wybrzeża Malty. Lewostronnym driverem Skody Fabii został Maciek. Podobno nie było trudno przestawić się na zmianę biegów lewą ręką i wjeżdżanie na ronda od lewej strony. Natomiast ciężko było zorientować się tylko ze znaków gdzie mamy jechać, a niestety nie mieliśmy żadnej dokładniejszej mapy. Najpierw zboczyliśmy trochę na wschód zobaczyć klify w Marsaskala, a później udaliśmy się do Blue Grotto.

Jest to jedna z największych atrakcji turystycznych Malty: piękne widoki, raj do nurkowania i snorkelingu, możliwość pływania łódką, zaplecze gastronomiczne. My bardzo chcieliśmy skorzystać z opcji pływania łódką po jaskiniach, niestety fale były zbyt duże i tego dnia nie było takiej możliwości. Uznaliśmy to za znak do powrotu na Maltę. Taki mini rejsik kosztuje zaledwie 8EUR a na pewno warto.

W Blue Grotto spędziliśmy ok. 3 godziny i pojechaliśmy dalej wybrzeżem do Ghar Lapsi. Jest to niewielka zatoczka otoczona niemal z każdej strony strzelistymi skałami. Podobno idealne miejsce do nurkowania. My nie mieliśmy czasu na dłuższy postój tutaj, więc zrobiliśmy zdjęcia i pojechaliśmy dalej. Chcieliśmy wejść do Buskett Garden, niestety było już po godz. 17, więc za późno.

Po drodze do Mdiny, zatrzymaliśmy się zobaczyć Dingli Cliffs. Klify zachwycają przede wszystkim swoją wysokością, gdyż wychodzą z morza na ponad 250 metrów. Przy kapliczce na jednym z klifów spotkaliśmy pana sprzedającego z samochodu lokalne przysmaki. Wszystkie zachwalał polskim „bardzo dobre”, pozwolił nam niektórych skosztować, więc skusiliśmy się na dżemy z opuncji i homemade vine.

Z Dingli Cliffs udaliśmy się do Craft Village – wioski rękodzieła. Niestety już zapadał zmierzch i wszystkie budki były pozamykane. Zahaczyliśmy jeszcze o jakiś park i już zupełnym wieczorem dotarliśmy do Rabatu. Oczywiście straciliśmy orientację spacerując jego wąskimi uliczkami. Na szczęście lokalsi wskazali nam drogę do sąsiadującej z nim Mdiny.

Mnie osobiście oczarowała dawna stolica Malty. Jest to malutkie miasteczko, do którego wchodzi się tylko jedną bramą. Na przejście całego Miasta Ciszy wystarczy kilka minut, ale wąskie, oświetlone uliczki są tak urocze, że równie dobrze można nimi spacerować godzinami. Mdina ulokowana jest na wzgórzu w centrum wyspy, dlatego też roztacza się stąd piękny widok na całą Maltę.

Tym razem już bez żadnych komplikacji wróciliśmy na lotnisko odstawić auto i ostatnim autobusem dotarliśmy do Birżebbugi.

Dzień 11 (piątek 19.09.2014) – Pretty Bay
Mieliśmy nadzieję, że może dziś łódki w Blue Grotto będą pływać, ale zadzwoniliśmy i okazało się, że znów fale są za duże. Postanowiliśmy cały ostatni dzień spędzić na plażowaniu. Udaliśmy się na Pretty Bay i zostaliśmy tam do późnego popołudnia.

Wracając zamówiliśmy pizze w pobliskiej piekarni, które zjedliśmy na naszym tarasie. Zapłaciliśmy 15EUR za 3 pyszne pizze i wszyscy najedliśmy się do syta. Koło godz. 21 zapakowaliśmy nasze ulubione Lachryma Vitis do toreb, wzięliśmy ręczniki i koce, wskoczyliśmy w kąpielówki i poszliśmy nad morze. Woda nie była najcieplejsza, ale nocną kąpiel zaliczyliśmy. Wypiliśmy winka na monitorowanej plaży (nikomu to nie przeszkadzało), poleżeliśmy i kiedy zaczęliśmy już przysypiać wróciliśmy do naszego apartamentu, chociaż chodziło nam po głowie spanie na Pretty Bay.

Dzień 12 (sobota 20.09.2014) – powrót
Musieliśmy wstać z samego rana, spakować walizki i o godz. 10 opuścić nasze lokum. Z racji tego, że samolot mieliśmy dopiero koło godz. 17, zostawiliśmy rzeczy u Davida i wybraliśmy się do Marsaxlokk. Chcieliśmy jechać autobusem, ale nie przyjechał, więc kolejny raz w upale poszliśmy 3 km na pieszo.

Na targu kupiliśmy pamiątki, lokalne przysmaki i wróciliśmy do Birżebbugi. Skosztowaliśmy ostatni raz maltańskiego piwka, zabraliśmy walizki i pojechaliśmy na lotnisko. Kierowca autobusu trochę nas zaskoczył, bo jak pokazaliśmy mu dzienne bilety (zdrapki) kupione w autobusie w drodze z Marsaxlokk, to poprosił, żebyśmy je oddali jak dojedziemy na lotnisko.

Nie wiedzieliśmy o co chodzi i dopiero po chwili zorientowaliśmy się, że pewnie chce je ponownie sprzedać, więc oddaliśmy je przy wysiadaniu. W ramach wdzięczności kierowca pomógł nam wystawić walizki z autobusu. Na lotnisku i w samolocie wszystko poszło sprawnie i po godz. 19 wylądowaliśmy we Wrocławiu. W drodze do Łodzi słuchaliśmy w radio audycji meczu MŚ w siatkówce, który Polska wygrała z Niemcami, więc do domów wróciliśmy w bardzo dobrych nastrojach, mimo że nasz wspaniały urlop dobiegł końca.

Podsumowując, Maltę na wakacyjny wyjazd zdecydowanie polecam! Jest to niewielka wyspa, ale kryje wiele ciekawych miejsc. Punkty obowiązkowe do zobaczenia to na pewno:
– miasta: Valletta i Mdina,
– plaże: Paradise Bay, Golden Bay wraz z Ghajn Tuffieha Bay oraz Armier Bay
– sąsiednie wysepki: Gozo i Comino
– Blue Grotto.

Ale tak naprawdę każde z miejsc, które zobaczyliśmy uważam za warte zobaczenia. Maltańczycy są sympatyczni i pomocni, chociaż jak wszędzie zdarzają się wyjątki. Nie mam porównania do innych terminów, ale wrzesień uważam za idealny. Turystów nie jest aż tak dużo (chociaż mało wcale), a pogoda fantastyczna. Ceny żywności są z reguły wyższe niż w Polsce, natomiast noclegi bez większego problemu można znaleźć podobne lub nawet tańsze niż nad Bałtykiem.

Najlepiej wybrać nocleg w miejscowości Bugibba albo Mellieha, gdyż miasta te stanowią najlepszą bazę wypadową do pozostałych atrakcji na wyspie. Co do komunikacji to chyba nie ma reguły, czasem autobusy są punktualne i nie ma z nimi żadnych problemów, innym razem są wypchane po brzegi lub nawet nie, ale kierowca twierdzi, że więcej osób nie zabierze, a jeszcze innym w ogóle nie przyjeżdżają. Prawie wszędzie gdzie chcieliśmy to dojechaliśmy, ale jeśli jest potrzeba gdzieś dotrzeć na konkretną godzinę to lepiej zarezerwować więcej czasu.

Niewątpliwym minusem jest brak autobusów nocnych od niedzieli do czwartku, bo po godz. 22 można gdziekolwiek dojechać tylko taksówką. Generalnie Maltę mogę polecić każdemu, bo znajdą tutaj coś dla siebie zarówno fani zwiedzania, plażowania, jaki i osoby bardziej aktywne sportowo. Ja osobiście mam nadzieję jeszcze tam wrócić.

CHCESZ OPUBLIKOWAĆ TUTAJ WŁASNĄ RELACJĘ Z PODRÓŻY?
NIC PROSTSZEGO!
WYŚLIJ NAM MAILEM TEKST I ZDJĘCIA,
A ZAJMIEMY SIĘ RESZTĄ 😎

O Autorze

Założyciele portalu maltaigozo.pl. Miłośnicy Malty, a w szczególności Gozo.

Podobne posty

Call Now Button
X