Zachęcamy do lektury relacji Agnieszki, która odwiedziła Maltę w lutym 2015.
***
7 dni w Republice Malty zamiast lutowej szarugi – „to jest to!”. Zabookowanie jakiegoś lokum, kupno biletu i już tylko czekać na wylot. Jeszcze tylko lekki research – o co chodzi z tą śródziemnomorską wyspą, archipelagiem, państwem, członkiem UE. W końcu obecność Malty w świadomości przeciętnego zjadacza chleba, a nawet i tego bardziej wyrobionego jest dość ograniczona. Zakon Joannitów, La Valetta, może spuścizna brytyjskiego kolonializmu plus kilka stereotypowych wyobrażeń i doświadczeń śródziemnomorskich – na tym się zaczynają i zarazem kończą zasoby wiedzy na temat Malty.
Przylot. Pada ale ciepło. Temperatura bliska pokojowej, stąd też zimowe kurtki pasażerów przylatujących z RP – bliższe groteski niż śródziemnomorzu. Lotnisko nieprzytłaczające, nawet taksówkarze namolni jakby mniej. Przed budynkiem terminala kilka palemek i stanowisko Arivvy monopolisty i jedynego operatora w zakresie transportu publicznego na cały archipelagu. Kupujemy weekly za jedyne 6,5 euro i jedziemy do hotelu.
Co na start? Oczywiście to kwestia gustu – niemniej mając siedem dni ma się naprawdę sporo czasu, szczególnie zimą, kiedy zatłoczenie generują emeryci z sytych zachodnich demokracji oraz szeroko reprezentowani przedstawiciele Polski – „od sasa do lasa” od hipsterskich studentów po dość nobliwe starsze panie. Zatem wpierw wypada coś skonsumować, na początek warto rozpocząć od pastizzi z ricottą w którejś z licznych pastizerri, które de facto stanowią najpowszechniejszy rodzaj fast food’u czy też bistra gdzie zjemy tanio i dobrze. Najsympatyczniejsze lokale znajdują się bez wątpienia w San Julian ale każdy znajdzie swoje miejsce, do którego będzie wracał raz po raz. Do tego lokalne piwo CISK będące klasycznym lagerem, lub ichni softdrink o wdzięcznej nazwie KINNIE i co tu ukrywać mniej wdzięcznym smaku.
Dla spragnionych kuchni rodem z innych kręgów kulturowych bliższych poetyce Dworca centralnego znajdziecie mnóstwo kebabów od tureckich do libańskich czy syryjskich. Amatorzy brytyjskiego fisch&chips znajdą również swoje miejsce gdzie będą mogli obficie zrosić danie vinegarem. Poszukujący tradycji, klasyczności i unikalności powinni udać się na maltańskiego królika w czosnku i pomidorach czy też na deser lokalne wyroby cukiernicze – palce lizać. Podsumowując gastronomię to jest w czym wybierać – niemniej lunchy i ryb w Marsaxlokk nie polecamy. Unikając potencjalnej polemiki – de gustibus non disputandum.
Zjedliśmy. Pora na tzw. atrakcje turystyczne coś dla oka, coś dla ducha a i dla uwiecznienia czegoś widokowego na kliszy aparatu czy też pamięci telefonu typu smart. Tzw. jazda obowiązkowa to blado żółta, wapienna, warowna i jednakowoż niepozorna La Valetta – dzień w dzień was zaskoczy, o każdej porze coś ma do zaoferowania, nie koniecznie jako miejsce konsumpcji, z reguły przepłaconej ale spaceru nawet bardzo długiego to jak najbardziej.
Miłośnikami instytucji kultury o biletowanym charakterze nie jesteśmy ale „Ścięcie Jana Chrzciciela” to obraz dla którego warto zapłacić kilka euro i wejść do konkatedry św. Jana w stołecznej Valetcie. Wszechobecne ogrody, dojrzewające cytrusy – w lutym jest to widok lepszy od każdego antydepresanta, a te frukty maltańskie czarują zapachem zdecydowanie mocniej niż zaprzeszłe historie o św. Pawle i najznamienitszych nawet szpitalnikach. Co poza stolicą – na pewno Malta, jak również Gozo to spójne układy urbanistyczne i architektoniczne. Mdina może oczarować ale tym którzy poszukują klimatu a nie pocztówkowości należy zarekomendować Rabat i jego uliczki zarówno ten na Malcie, jak i ten na Gozo – oficjalnie mieniący się Victorią.
Po konsumpcji płodów rolnych przetworzonych prze lokalnych piekarzy i restauratorów. Po skrupulatnej wiwisekcji dziedzictwa kultury materialnej czas na przyrodę. Archipelag jest otoczony wodami morskimi i jawi się jako naturalna skalista i warowna twierdza. Mała liczba plaży piaszczystych jest natomiast rekompensowana unikalnymi formami skalnymi. W lutym, nie bacząc na karnawał, minimalnie 3 dni to powinna być kontemplacja fal rozbijających się o: Azure Window, klify Dingli czy zatokę w Ghajn Tuffieha. Tam można spokojnie odpocząć, pstryknąć zdjęcie i przy odrobinie dobrych chęci zaczekać do zachodu słońca – ponoć malowniczy i romantyczny ale zmyliśmy się wcześniej ;)).
Malta jest dobra zimową porą. Nie wiemy czy jest taka sama latem ale karnawał na Malcie polecamy. Ceny do zniesienia. Gastronomia zróżnicowana. Organizacja i porządek publiczny post brytyjski wyzbyty południowej chaotyczności. Ludzie otwarci, katoliccy niemniej nie purytańscy. Wino raczej podłe ale destylaty owocowe z Gozo świetne. Transport świetny i ekonomiczny nie ma konieczności wynajmowania samochodu. Nawet hańbiąco przeciętnie przyrządzone ryby w Marsaxxlock nie są w stanie zaciemnić obrazu Malty jako słonecznego miejsca, wprost idealnego na przezimowanie depresyjnych polskich roztopów i innych Popielców. Żeby tekst nie był bez pokrycia to kilka zdjęć w charakterze ilustracji poniżej. Odwiedzajcie Maltę, warto i co by nie mówić smacznie 😉
La Valetta główna ulica w samo południe
Najlepsze chipsy ever z lokalnego shopu w San Guljan !
Mġarr na Gozo – widok z promu
Obowiązkowe Azure Window i kilka innych ujęć z tej miejscówki
Widok na „Trzy miasta”, przy każdej pogodzie zachwyca.
Ostatnie tańce – karnawałowo i radośnie
Klify Dingli – must see!
San Guljan skąpane w mroku
Ukochane San Guljan …
[€] |
|
Pastizzi ricotta / groszek |
0,3-0,5 |
Pizza kawałek |
1-1,5 |
Timpana |
1,5 |
Lasagne |
2 |
Apple pie |
1,2 |
Cola 1 l |
1,5 |
Woda 1 l |
1 |
Obiad |
20 |
Prom na Gozo i z powrotem |
4,5 |
Bilet tygodniowy |
6,5 |
NIC PROSTSZEGO!
WYŚLIJ NAM MAILEM TEKST I ZDJĘCIA,
A ZAJMIEMY SIĘ RESZTĄ 😎