Często pytacie jak zaplanować sobie tydzień na Malcie, aby korzystając z transportu publicznego dużo zobaczyć, ale nie biegać z językiem na brodzie. Oto plan na każdą porę roku.

***

Malta obiecywała wiele. Dała jeszcze więcej. Pogoda idealna do zwiedzania, cudowne widoki, brak tłumów, sprawny transport (wbrew wielu sygnałom, że może być inaczej), pyszna kuchnia. Stosunkowo blisko, tanio i pięknie. Czego chcieć więcej? ;>

Dzień 1 (sobota)

Ograniczył się do dotarcia z lotniska do hotelu usytuowanego w Bugibbie. Wylądowaliśmy w deszczu przed 21:00, pełni obaw co do pogody w kolejnych dniach dotarliśmy bezpośrednim autobusem X3 do hotelu.

Dzień 2 (niedziela)

Z uwagi na niedzielny targ w Marsaxlokk, właśnie tam udaliśmy naszego pierwszego aktywnego dnia urlopu. Z Bugibby dostaliśmy się autobusem do Valletty, tam przesiadka do Marsaxlokk, bez żadnych opóźnień, żadnego czekania. Tylko czarne chmury niepokoiły.

1

Niepokoje na szczęście okazały się bezpodstawne. Deszcz, owszem, był, ale przelotny, akurat kiedy zwiedzaliśmy stoiska ze… wszystkim. Ryby, warzywa, alkohole, słodycze, przetwory, koronki i niestety wszechobecna chińszczyzna. Wszystko to wzdłuż promenady, w sąsiedztwie bajecznie kolorowych łódek Luzzu, dryfujących na turkusowej, przejrzystej wodzie. Obrazek bajeczny. Szczególnie po przelotnym deszczu, który został zastąpiony pięknym słońcem, potęgującym widowisko.

3 2

4W planie, oprócz napawania się widokiem nabrzeża Marsaxlokk, mieliśmy też odwiedzenie St. Peter’s Pool. Po chwilowym zbłądzeniu i dotarciu do pobliskiej elektrowni, dzięki pomocy strażników, szybko dotarliśmy do celu. Efekt zapierający dech w piersiach. Idealne miejsce na przystanek. Znów krystaliczna woda, piękne, jasne skały, spokój. Po dłuższej chwili kontemplacji, wróciliśmy do wioski, przekąsić małe, miejscowe co nieco. Miejscowe co nieco to w tym przypadku – zupa z ośmiornicy, grillowane Lampuki i lokalny Cisk do popicia. Smacznie, choć spodziewaliśmy się większego szału. Na tym nasze atrakcje tego dnia dobiegły końca.

5

Dzień 3 (poniedziałek)

Pogoda tym razem nie pozostawała złudzeń – szykował się piękny, ciepły, słoneczny dzień i taka aura utrzymywała się aż do wieczora. A my udaliśmy się autobusem w okolice Melliehy. Wysiedliśmy przy plaży i pieszo skierowaliśmy się w stronę górującej nad okolicą Red Tower. Lekka wspinaczka pod górę, a na miejscu doskonały widok na Gozo, Comino i znaczną część wybrzeża Malty.

6 7

Spaceru nie zakończyliśmy na odwiedzeniu wieży. Udaliśmy się dalej, wzdłuż Marfa Ridge, aż do końca drogi. Stamtąd mogliśmy dostrzec nie tylko linię wybrzeża Malty, ale też m.in. klify Gozo. Chłonęliśmy widoki a następnie udaliśmy się z powrotem, zeszliśmy ze wzgórza i udaliśmy się w stronę Armier Bay. Totalnie pusta droga, wzdłuż pól i rosnących na każdym kroku opuncji.

8

Po kilkudziesięciu minutach marszu doszliśmy do Armier Bay – naszej pierwszej odwiedzonej plaży na Malcie. Woda zrobiła na nas kolejny raz piorunujące wrażenie, na pewno w żadnym stopniu nie przypomina tej, dobrze znanej, bałtyckiej.

9

Z uwagi na to, że zbliżała się pora obiadu a przy plaży były otwarte już dla turystów, których de facto nie było, bary. Mimo sceptycznego nastawienia co do jakości potraw i ceny, zdecydowaliśmy się wstąpić do Victoria Bar&Restaurant. Oboje, dla bezpieczeństwa wybraliśmy pizzę i to był strzał w dziesiątkę. Moja z bakłażanem, Krzycha z szynką i groszkiem, obie pięknie podane i rewelacyjnie wypieczone. W dodatku bardzo duże za stosunkowo niską cenę (około 6,5 euro każda). Do tego oczywiście Cisk.

10Pizzy nie dojedliśmy, zapakowano nam ją na wynos i tak resztę dnia spędziliśmy nosząc ze sobą karton z pizzą. A nie był to jeszcze koniec atrakcji. Z uwagi na wczesną porę, zdecydowaliśmy się odwiedzić jeszcze jedną plażę. Jakże obiecująca nazwa – Paradise Bay, faktycznie wiele pokazała. Przypadła nam do gustu o wiele bardziej niż Armier Bay. Specyficzne zejście na plażę, między prywatnymi, zagrodzonymi „ogródkami”, malownicze otoczenie skał, masa kotów na schodach, widok na odprawę promową na Gozo. Ostatnie ciepłe chwile tego dnia spędziliśmy właśnie tam.

11 12 13

Dzień 4 (wtorek)

14Duże wyzwanie i próba zobaczenia najwięcej jak się da przez jeden dzień na Gozo – nadeszła właśnie we wtorek. Byliśmy skazani na częściową porażkę już w przedbiegach – śniadanie w hotelu o 7:30, dopiero po 8:00 byliśmy w stanie wyjść z hotelu. Najbliższy autobus z Bugibby do Cirkewwy dopiero o 8:30 a prom odpływający do Gozo o 9:00, następny dopiero 9:45. Oczywiście nie zdążyliśmy na pierwszy. Do Gozo dopłynęliśmy więc po 10 a do Rabatu około 10:30. W planie mieliśmy zwiedzanie Rabatu, później podróż autobusem do Dwejra, w celu obejrzenia największej atrakcji Gozo – Azure Window. Problem był taki, że o 14:00 musieliśmy być na Ramla Bay, a żeby tam dotrzeć na czas, musieliśmy wyjechać z Rabatu o 13:05, bo autobusy jeździły co godzinę. Tymczasem była 10:30, najbliższy autobus do Dwejra o 11:20. Za mało czasu, żeby wziąć się za zwiedzanie Rabatu, była też obawa, że autobus może wyruszyć wcześniej, co nie raz się już zdarzało. Pozostało nam zrezygnować z poznania Victorii, udać się najbliższym autobusem na Azure Window, najbliższym możliwym autobusem wrócić stamtąd (mieliśmy całą godzinę, żeby napawać się widokiem skał, nie trzeba było nigdzie docierać na przystanek, który jest tuż przy Azure Window), co też uczyniliśmy. O 13:05 wyjechaliśmy z Rabatu na Ramla Bay. Autobus zatrzymał się praktycznie przy samej plaży. Każda kolejna plaża, na której się znajdowaliśmy, robiła na nas coraz większe wrażenie. Coraz bardziej bajkowe widoki. O 14:00 z plaży zgarnęli nas znajomi, którzy obwieźli nas po nieznanych zakątkach Gozo. W ciągu 4 godzin zobaczyliśmy kwintesencję piękna i uroku Gozo. I pal licho ten niezwiedzony Rabat. Tego, co zobaczyliśmy w zamian, nie przebiły chyba żadne późniejsze atrakcje. Zaczęliśmy od doliny cytryn i zatoki San Blas – widok rekompensował prawie pionowe zejście na plażę i (o la boga!) wejście z powrotem. Następnie zatoka z filmu „By the Sea” Angeliny Jolie – Mgarr Ix Xini. Praktycznie brak turystów, oprócz nurków i kąpiących się Szwedów – zapewne głównie ze względu na słabe skomunikowanie. Fantastyczny klimat. Gwoździem programu były klify, które widzieliśmy poprzedniego dnia z Malty. Tym razem mogliśmy obejrzeć z bliska ich ogrom a nawet poczuć dreszczyk emocji, leżąc i obserwując je z góry, przy samej krawędzi przez tajemną dziurę. Mało kto wie o tym miejscu. Oprócz nas nie było tam nikogo.

15 16 17 18
Przed odstawieniem na powrotny prom na Maltę, mogliśmy zobaczyć jeszcze perfekcyjny widok na Maltę i Comino, a przede wszystkim na Blue Lagoon. Na tym nasza niezapomniana wycieczka po Gozo się skończyła i bogatsi o parę kolejnych pięknych widoków, masę informacji i anegdot o Gozo i jego mieszkańcach, wróciliśmy do Bugibby, szykując się na następny dzień pełen wrażeń.

19

Dzień 5 (środa)

Dziś na tapetę poszła stolica. Przemierzyliśmy większość jej uliczek, przebijaliśmy się przez tłumy turystów (tego dnia odkryliśmy, gdzie byli wszyscy, kiedy my w samotności chodziliśmy po klifach i odwiedzaliśmy kolejne plaże ;), zajrzeliśmy do wszystkich trzech Valeciańskich ogrodów, zobaczyliśmy widok na wszystkie okoliczne miasta z każdej strony Valetty i… mieliśmy do dyspozycji jeszcze jakieś pół dnia.

20
Oczywiście, wąskie uliczki i kolorowe balkony miały swój urok, ale poczuliśmy się zmęczeni tłumem. Otworzyliśmy mapę i zaczęliśmy szukać miejsca, w które jeszcze możemy się dziś udać. Padło na Marsaskalę. Dotarliśmy tam bezpośrednio z Valletty i zostaliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni. Brakiem turystów mimo naprawdę fajnego klimatu, długą promenadą, ciekawym wybrzeżem i ogólnie przyjemną aurą. Po posileniu się w Summer Nights tuż przy promenadzie, rozpoczęliśmy spacer wzdłuż niej, przerywany zejściem na skalisty brzeg i moczeniem stóp w skałach wyciętych w kształt prostokątów. Na końcu promenady zobaczyliśmy duży, opuszczony hotel w, wydawałoby się świetnej lokalizacji, tym bardziej dziwiła jego ruina. Kiedy zaczął zapadać zmrok, poszliśmy w pierwszą lepszą uliczkę w kierunku centrum miasta, znaleźliśmy przystanek, z którego po niedługim czasie wróciliśmy do Valletty a stamtąd do Bugibby.

21

Dzień 6 (czwartek)

Kolejne ważne dla Malty miasto – dawna stolica Mdina. Dotarliśmy bezpośrednio z Bugibby do Rabatu na przystanek tuż przy murach tzw. Miasta Ciszy. Miastem ciszy byłoby owszem, gdyby nie wycieczki młodych i krzyczących rozrabiaków 😉 Po odejściu z „obszaru zagrożenia” rzeczywiście zrobiło się przyjemnie, cicho i klimatycznie.

22

Takie miasteczko to na pewno niecodzienny widok i ciekawe doświadczenie. Jednak po jakimś czasie przemierzania wąskich uliczek, postanowiliśmy udać się do Rabatu i ogrodów Buskett. W informacji turystycznej otrzymaliśmy informację, że piesza wędrówka do ogrodów potrwa około 25 minut, nie zastanawiając się więc długo, obraliśmy odpowiedni kierunek i ruszyliśmy w drogę. Droga była znacznie dłuższa, zdążyliśmy już wyjść z Rabatu, zwątpić 3 razy w poprawność wybranego szlaku, zapytać kolejną osobę o umiejscowienie naszego celu, a on nadal wydawał się być nieosiągalny. Ostatecznie, po przejściu 4 km i byciu bliżej Dingli niż Rabatu, dotarliśmy do celu, który niestety nas nie zachwycił. Szybko więc obraliśmy kierunek Dingli (skoro byliśmy już jakieś 2 km od klifów), a tam widok odpowiadał nam dużo bardziej.

23

Kilkadziesiąt minut odpoczynku na klifach i powrót autobusem do Rabatu. Stamtąd przesiadka do Mosty, gdzie chcieliśmy obejrzeć rotundę i przesiąść się po raz kolejny – w kierunku Tuffiehy, żeby w końcu obejrzeć gdzieś maltański zachód słońca. Rotundy nie udało nam się obejrzeć ze względu na pogrzeb jakiejś znamienitej osobowości (kościół otoczony był nieoznakowanymi czarnymi limuzynami), ale udało nam się obejrzeć zachód słońca na Golden Bay. Powrót był już bezpośrednio do Bugibby tuż sprzed plaży i mimo półgodzinnej obsuwy (chyba pierwszej, którą tu doświadczyliśmy) dotarliśmy do hotelu.

Dzień 7 (piątek)

W nasz przedostatni dzień urlopu, wróciliśmy tam, skąd poprzedniego dnia wieczorem wracaliśmy, jednak w trochę innym celu.

24

Zwiedzanie zaczęliśmy od zejścia schodami na plażę Ghajn Tuffieha a dalej czuliśmy się już jak kozice górskie, skaczące po skałach i zboczach. Ujrzawszy wydeptaną ścieżkę wzdłuż wzniesienia otaczającego plażę, szybko obraliśmy sobie cel w postaci wielkich skał na szczycie zbocza. Tuż po dojściu na szczyt nadeszła druga podczas naszego pobytu chwilowa ulewa. Na szczęście, znajdowaliśmy się akurat pod naturalnym daszkiem utworzonym przez skały, tuż przy krawędzi zbocza. Nie czułam się tam najpewniej, tym bardziej przy szalejącym naokoło deszczu, ale efekt i przeżycia były niesamowite.

25 26

Deszcz szybko minął a my udaliśmy się dalej, penetrować odkrytą przez nas skałę, jej małe jaskinie i efektowne okolice. Po nasyceniu się tym wszystkim, co nas otaczało, wróciliśmy na przystanek Ghajn Tuffieha i wsiedliśmy w autobus jadący prosto do Popeye Village. Mimo że nie mieliśmy zamiaru do wioski wchodzić, pokusa obejrzenia jej z betonowego nabrzeża po drugiej stronie zatoki była silniejsza od nas. Później już marsz wzdłuż klifów z powrotem aż do przystanku, z którego wyruszyliśmy przy Ghajn Tuffieha.

27

Wieczór spędziliśmy w „swojej dzielnicy” i skusiliśmy się na spróbowanie lokalnego przysmaku w postaci królika (polecamy knajpę Tal-Pjazza w Bugibbie!). Osobiście nie przepadam za mięsem, ale uważam, że było warto.

Dzień 8 (sobota)

Po śniadaniu spakowaliśmy się, wymeldowaliśmy z hotelu i ruszyliśmy autobusem na lotnisko. Tam oddaliśmy bagaże do przechowalni (2 bagaże podręczne za 5 euro każdy do 6 godzin) i wsiedliśmy w autobus jadący prosto do Blue Grotto. Nie trzeba było długo nas namawiać na rejs łódką do jaskiń. 8 euro od osoby za 25-minutową podróż wśród skał, nie było mocno wygórowaną ceną.

28

Ostatnie godziny na Malcie spędziliśmy na klifie z bezpośrednim widokiem na groty. Później trzeba już było wsiąść do autobusu i wrócić na lotnisko, a stamtąd do Gdańska z jego brudną morską wodą 😉

29

Bez żadnych wątpliwości możemy polecić tego typu wycieczkę każdemu, kto jest spragniony czegoś nowego, egzotycznego i pięknego. Doskonała alternatywa dla wyjazdów krajowych, które na pewno nie dostarczą nam takich widoków a i bardziej pociągną za kieszeń.

Anna i Krzysztof

  • Anna Górnikiewicz

    Połowa marca 😉

  • Andrzej Kowalewski

    Witam Pani Anno, przeczytałem błyskawicznie i mam parę pytań. Czy mieliście ze sobą jakiś przewodnik? Gdzie zdobyć mapkę Malty i Gozo aby wyznaczyć trasę zwiedzania? Za dwa tygodnie lecimy właśnie z Gdańska na 7 dni i chętne poszlibyśmy Waszymi śladami. Lecę z żoną.

    • Anna Górnikiewicz

      Hej. Niestety dopiero teraz przeczytałam komentarz. Mam nadzieję, że poradziliście sobie i bez tego 😉 Dajcie znać jak udała się wycieczka 😉

  • Renata Maruszniak

    Bardzo ciekawa i pomocna relacja, powiedzcie czy w tych odludnych miejscach na pewno jest bezpiecznie??

  • Dorin

    Witam 🙂 A w jakim hotelu…nocowaliście?

    • Anna Górnikiewicz

      Hej! Nocowaliśmy w Sunflower 😉

  • Anna Górnikiewicz

    Informacyjnie – wycieczka była w drugiej połowie marca 😉

X